SZEPTUCHY Z PODLASIA

Szeptuchy z Podlasia – tu czary działają z modlitwą

 Chleb, mak, cukier i woda na kołtun

Modlitwy mówione na wdechu, prawosławne zaśpiewy w języku cerkiewno-słowiańskim, świecowanie uszu, plucie przez ramię, palenie lnu, jedzenie okruszków chleba z makiem i cukrem – tak leczy się choroby, na które lekarz nie pomoże. Działa, gdy niedomaga ciało, ale i dusza. Tak robią to trzy najlepsze szeptuchy na Podlasiu.

Szeptucha (szeptunka, babcia) to kobieta, która zamawia u Boga zdrowie. Używając konkretnych sposobów, prosi go o to, by odegnał choroby. Pośredniczy między człowiekiem a siłą wyższą. Dlaczego modlitwy szeptuch działają cuda? Jak same mówią, otrzymały dar – jednej z nich objawiła się Matka Boska i od tego czasu leczy, drugiej wiedzę i umiejętności przekazały babka i matka, a trzecia miała wypadek samochodowy, po którym poszła do nieba. Po powrocie z zaświatów potrafiła leczyć.

Podlasie to jedyne miejsce w Polsce, gdzie można spotkać prawdziwe szeptuchy. Podobno zostało ich tu już niespełna trzydzieści, ale tylko o trzech mówi się, że są naprawdę skuteczne. Pytając o drogę do jednej z nich, na każdej podlaskiej wsi otrzymamy instrukcje. Co więcej, niezależnie od tego, czy o szeptuchę spytamy kobietę w podeszłym wieku, która siedzi na ławce przed chatą, rolnika w polu czy młodego chłopaka w sportowym samochodzie, nikt nie uśmiechnie się pod nosem ani nie powie, że to zabobon. Babcie na Podlasiu mają status dobrych ludzi i ostatniej instancji w sprawach beznadziejnych. Wystarczy rzucić temat w restauracji czy wiejskim sklepie, by okazało się, że ktoś z obecnych w pomieszczeniu u szeptuchy był i że mu pomogła.

Na forach internetowych przeczytać można, że babcia ma „rogatego za piecem”, że jej moc nie pochodzi od Boga, tylko od diabła. Nie ma w tym prawdy, bo nawet katolicki ksiądz, gdy na spowiedzi usłyszy słowa „byłam u szeptuchy” nie zareaguje źle. Przestrzeże przed zabobonami, ale się przy tym uśmiechnie. Tajemnicą poliszynela jest, że zarówno rodziny księży, jak i sami przedstawiciele kleru chadzają czasem do szeptuchy. Prawosławny batiuszka też złym okiem nie spojrzy na szeptuchę. Oficjalnie jej działalności nie poprze, ale i źle się nie wypowie. Szeptuchy pieniądze, które otrzymają od „pacjentów” oddają na cerkiew, stawiają prawosławne krzyże. Nigdy nie przyjmują zapłaty dla siebie. Co ciekawe, na Podlasiu żył nawet kiedyś pop, który szeptał i był w tym bardzo skuteczny. Jedyne, co odróżniało go od babć to to, że poza modlitwami nie stosował już żadnych innych zabiegów, jak palenie wełny czy topienie wosku.

Uważa się, że potężniejszymi szeptunami są mężczyźni, ale dziś modlitwą leczą głównie kobiety. Wszystkie dawno po menopauzie – dopiero wtedy stają się „czyste” i mają dobry kontakt z Bogiem. Prawdziwe podlaskie szeptuchy spotkamy w Orli, Rutce i Opace Dużej. To Wiera Popławska, Anna Bondaruk i Eugenia.

Ja jestem babcią

Szeptucha Eugenia z Opaki Dużej nie mogła się ze mną spotkać. „Przyjedź w poniedziałek” – mówi mi przez telefon. „Mogę tylko w sobotę” – odpowiadam. Okazuje się, że Eugenii nie ma wtedy w domu, ale zgadza się porozmawiać ze mną telefonicznie. Słucham jej opowieści przez półtorej godziny. W jej rodzinie nie było szeptuch, nikt nie przekazał kobiecie umiejętności z pokolenia na pokolenie. Pani Eugenia lub, jak sama o sobie mówi, „babcia Genia” dostała dar po tym, jak wyszła cało z groźnego wypadku samochodowego. Zanim ocknęła się w szpitalu, trafiła do nieba. Było tam skromnie, ale czysto. Do bram niebios dotarła przez słynny tunel, na którego końcu dostrzegła światło. W niebie spotkała świętego Piotra i Pawła, Boga oraz kobietę w pięknej szacie. To właśnie ona odmieniła jej los, mówiąc do Boga: „Puść ją na Ziemię, ona tam ma córkę, pięcioletnią Basię. Musi wrócić”. Bóg przystał na prośbę kobiety, ale przykazał Eugenii, by zawsze, gdy ktoś poprosi ją o modlitwę, zmówiła ją. I tak robi. Nie przyjmuje w soboty, niedziele i święta, wymaga umawiania się do niej telefonicznie, ale jeśli pod domem szeptuchy zjawi się matka z chorym dzieckiem, zawsze będzie mogła wejść. Nawet w święta.

Szeptucha Eugenia przyjmuje chorych w przyczepie obok swojego domu. Znajdują się tam modlitewniki pokryte grubymi warstwami wosku. Eugenia stosuje świecowanie uszu i topi wosk. Modli się w języku cerkiewno-słowiańskim, z prawosławnych ksiąg. Na moje pytanie, czy taka modlitwa pomoże katolikowi albo agnostykowi mówi, że oczywiście. „W prawosławiu są modlitwy za zdrowie, na odegnanie chorób, na szczęście, a w religii katolickiej nie”. Eugenia podkreśla jednak, że każda religia jest dobra, a wszystkie dotyczą tego samego Boga. I nawet ateista wierzy, skoro przyszedł do niej po pomoc.

Choć szeptucha jest bardzo skuteczna i sama wie, że potrafi pomóc, cały czas podkreśla, że trzeba też chodzić do lekarzy. Że babcia to jedno, a lekarz drugie i najlepiej, gdy te terapie stosuje się równolegle.

Eugenia nie tylko odgania choroby, ale też pomaga przeprowadzić duchy na drugą stronę. Swoje umiejętności przekazała też córce, która, jak mówi babcia Genia, ma dużą moc. „Duchy ją lubią”. Na moje pytanie, czy ona też jest szeptuchą, słyszę kategoryczny sprzeciw. „Za młoda przecież jest!”. Córka Eugenii ma 35 lat. Może zacząć leczyć, kiedy skończy 40. Co by się stało, gdyby spróbowała wcześniej? „Jej modlitwy by nie działały. No, może tylko w 50 procentach” – tłumaczy szeptucha.

Chleb, mak, cukier, woda

Anna Bondaruk z Rutki nie ma telefonu, nie da się do niej umówić z wyprzedzeniem. Dzwonię do sołtysa z jej wsi z pytaniem, czy może coś poradzić, żeby przyjęła mnie w sobotę, kiedy dotrę na Podlasie. „Przyjmie panią!” – mówi. „Ale może niech pan mnie do niej zapisze, powie, że będę tak o 17.00?” – dopytuję. „A po co będę pytał? To dobra pani, przyjmie”. I przyjmuje. Stoi w sadzie i patrzy prosto na mnie, kiedy przejeżdżam obok jej domu, jakby na mnie czekała. Jest drobna, delikatna, włosy zawinęła w chustę. Z jej twarzy wyłaniają się mądre oczy, którymi od czasu do czasu na mnie patrzy. Mówi, że gdyby było ciepło, przyjęłaby mnie przed domem, przy błękitnej ścianie. „Tam stał Jezus, jak miałam iść do szpitala. Miał kociołek, a w środku jakaś szata. Przykrył mnie nią, żeby mi było ciepło i nie poszłam”.

Dziennikarka Onetu przeklęta? Szeptucha stwierdziła, że ma „mocnego nerwa”

Siadamy w izbie. Na ścianie święty obrazek i ususzone gałęzie lipy. „Na co te gałęzie?” – pytam. „Tam za obrazem Jezus siedzi, musi mieć po czym iść” – odpowiada enigmatycznie, mieszaniną polskiego i białoruskiego. Kładzie mi księgę na czole, pyta o imię i zaczyna szeptać modlitwę. Początkowo słowa da się jeszcze rozróżnić, mają dźwięk. Potem zaczyna mówić na wdechu, jakby do środka. Słychać tylko, jak stykają się ze sobą jej wargi. Siada naprzeciwko mnie na stołeczku, podwija mi nogawki i dotyka kostek obu nóg, wypowiadając kolejne słowa w cerkiewno-słowiańskim. W końcu chwyta mnie za małe palce u rąk i delikatnie przesuwa je od prawej do lewej. Jej dłonie są pomarszczone i bardzo zimne, co ma zaskakujące, kojące działanie. Jak chłodny okład przyciśnięty do oparzenia. Trwa to przynajmniej czterdzieści minut. W tym czasie opowiada mi o osobach, które przyszły do niej po pomoc. O mężczyźnie, który zostawił jej 100 dolarów na krzyż przy cerkwi, bo poczuł ciepło, gdy leczyła jego kolana. Kobiecie z Warszawy, która cierpiała na depresję lękową, a po modlitwie ozdrowiała. Wysłała do pani Anny list, w którym napisała, że dzięki niej zdobyła pieniądze. „Jakie pieniądze?” – spytała ją szeptucha. „Przecież ja ci pieniędzy nie zamawiała”. „Wyzdrowiałam, poszłam do pracy. I teraz mam za co żyć”.

Ostatnia faza trzymania za małe palce. Babcia łapie dodatkowo jeszcze serdeczny palec lewej ręki, zaczyna go ciągnąć w lewą stronę i szepcze coś o kołtunie, złym oku i żeby sobie poszło. Kołtun to coś, co tworzy się z nerwów lub w wyniku rzuconego uroku. Mówi jeszcze, że moje przewlekłe zapalenie zatok to wina „mocnego nerwa”. Że przydałaby się wełna z cukrem. Chwilę duma, po czym postanawia zrobić to inaczej. Wstaje, na gazecie rozsypuje mak, dodaje kawałki suchego chleba, przynosi wodę ze studni i prawą ręką kroi chleb. Wszystko układa obok siebie i na stojąco zaczyna się modlić. Pyta o imię mojego syna, rodziców, rodzeństwa i wplata je w słowa długiej litanii. Na zakończenie zaczyna się pochylać do samej ziemi, mówiąc, że „idzie modlitwa”. Teraz jest w kręgosłupie. W kolanach. W stopach. „Czuje ciepło?”. Może to tylko sugestia, ale czuję. Szeptanie skończone. Pytam jeszcze, czy mogę jej zrobić zdjęcia, ale jest nieugięta. „Nie chcę. Stara jestem, teraz już nie chcę”. Ukradkiem udaje się telefonem uwiecznić zaschnięte gałęzie lipy nad drzwiami. Biorę jej rękę w swoje dłonie, żeby podziękować, ale słyszę, że za to się nie dziękuje. Mam wracać prosto do domu, żeby zabrać ze sobą modlitwę.

Szeptucha z Orli

Jest jeszcze Wiera Popławska, znana też jako Wala. Najsłynniejsza, ponoć najpotężniejsza, lat 91. Znana z tego, że krzyczy, łatwo się irytuje, ale potrafi zdziałać cuda. Dziennikarzy podobno przepędza, tak jak osoby po rozwodzie, jestem więc na cenzurowanym już z dwóch powodów. Nie przyjmuje w soboty i niedziele oraz w święta. Próbuję się do niej dodzwonić, ale telefon jest wyłączony. Od Rutki do Orli jest blisko, więc postanawiam przynajmniej sprawdzić, jak wygląda miejsce, w którym mieszka najsłynniejsza szeptucha na Podlasiu. Dom jest zwykły, niepozorny, niczym się nie wyróżnia. Zagadnięty pan nie patrzy na mnie pobłażliwie i mówi o Wierze z szacunkiem. „To dobra kobieta. Wszystkim pomaga”. Spotykam też mężczyznę z Siedlec, który dwa razy odwiedził Wierę. Był u niej w sobotę, ale przyjęła go, bo widziała, że naprawdę potrzebuje jej pomocy. Przy drugiej wizycie szeptucha powiedziała, że już więcej ma nie przyjeżdżać, bo jest zdrowy. Jakie metody stosuje babcia z Orli? Mało kto chce o tym mówić. Modli się i daje wskazówki, które chory ma zachować w tajemnicy. Wyczuwa też sceptyków i wyprasza ich z domu, bo blokują modlitwę.

Orla - miejscowość, w której mieszka Wiera PopławskaOrla – miejscowość, w której mieszka Wiera PopławskaFoto: Małgorzata Wrzałka / Onet

Do Wiery wielki szacunek ma szeptucha Eugenia, która wymienia ją jako najlepszą szeptuchę na Podlasiu i mówi, że chyli przed nią czoła. „Krzyczy jak lekarz. Bo ona chce pomóc i ją złości, kiedy ktoś nie słucha zaleceń i o siebie nie dba”.

Wyprawa tropem szeptuch kończy się. Z chlebem, makiem, cukrem i wodą wracam na ziemię świętokrzyską, gdzie nieliczne czarownice leczą ziołami. Podobno już nie mam kołtuna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s