DUCHOWY ROZWÓJ SPOSOBEM NA PUSTKĘ

W kręgach rozwojowych nastała nowa moda – na pracę z duszą. Złośliwi mówią, że to nic innego jak kolejna próba znalezienia szczęścia. A może kryje się za tym prawdziwy głód? Przecież każdy z nas zadaje sobie pytania: Kim jestem? Jaki jest cel mojego życia na ziemi? Czy rozwój duchowy może znaleźć na nie odpowiedzi?
Z kimkolwiek rozmawiam, pojawiają się te same tropy: joga, medytacja, trening uważności, praca z energią (dla odważnych praktyki z roślinami psychodelicznymi), życie w zgodzie z naturą, duchowe SPA czy poszukiwanie guru. Świat zatoczył koło – od kultu rozumu, poprzez poszukiwanie kontaktu z własnym ciałem, aż do prób odkrycia wołania duszy. Być może ten ostatni etap poszukiwań umożliwi nam integrację głowy, duszy i ciała, pozwoli na osiągnięcie pełni? 

Dusza w gabinecie terapeuty

Od pewnego czasu wracają do mnie pacjenci sprzed lat. Przychodzą już nie ze swoimi bolesnymi historiami, nie z potrzeby odkrycia swoich prawdziwych uczuć, ale z… no właśnie. Agnieszka trafiła do mnie po raz pierwszy kilka lat temu, prosto z kolejnego ośrodka terapii uzależnień. Tym razem „leczyła się” z uzależnienia od seksu, wcześniej była alkoholiczką i narkomanką. – Ja już nie wrócę do ośrodka – powiedziała podczas pierwszej sesji. Przez rok próbowałyśmy skontaktować ją z emocjami, które „zapijała”, udawało nam się to raz lepiej, raz gorzej. W trakcie trwania terapii Agnieszka odkryła jogę. Jak we wszystko, co robiła, weszła w praktykę kompulsywnie; dwie sesje dziennie, najtrudniejsza praktyka – ashtanga joga. Na początku szybkie rezultaty, potem kontuzje, załamania, wzloty i upadki – to spowodowało, że wyszła z uzależnienia, nie miała na nie zwyczajnie czasu. To był mały sukces, ale Agnieszka nadal twierdziła, że nienawidzi samej siebie, że jest niewiele warta, nic jej się nie udaje. Bywało, że przez całą sesję płakała. Innym razem wchodziła do gabinetu uśmiechnięta, bo coś ważnego jej się udało. Rozstałyśmy się rok temu, Agnieszka poczuła, że chce spróbować sama ogarnąć swoje życie. Czuła, że „wyrosła” z terapii, tak jak z innych uzależnień. To było cenne. Odezwała się do mnie niedawno. – Chyba już wiem, o co w tym wszystkim chodzi – powiedziała. – Coraz częściej rozumiem samą siebie i chyba nawet lubię… i chcę o tym porozmawiać.

Choć psychologia to nauka o duszy, nam, terapeutom, zaleca się ostrożność we wkraczaniu w sferę duchową pacjenta. Wymiar duchowy jest bardzo intymny i myślę, że każdy rozwija się na swój własny sposób. Praca z duchowością drugiego człowieka to bardziej przyjmowanie jego odczuć, proponowanie różnych metod, z zastrzeżeniem, że pacjent sam musi wybrać najlepszą dla siebie. Czasami wysłuchiwanie wątpliwości: „Czy myśli pani, że to normalne, co się ze mną dzieje?”.

Duchowość jako potrzeba wyższego rzędu wymaga dojrzałości – najpierw przeżycia i przegadania bolesnych traum z przeszłości, przyjęcia wszystkich swoich uczuć bez wyjątku. Najczęściej rodzi się z poczucia wewnętrznej pustki i wiary, że w tej pustce jest coś bardzo cennego. Duchowość to także te wszystkie doznania wcale nie przez duże „D”: nagłe poczucie szczęścia bez powodu, zachwyt o poranku, tęsknota za domem, czymś znacznie większym od tego, co możemy dostrzec zmysłami, a bardziej przeczuwamy, że istnieje. Bywa, że dojrzewamy do poszukiwania nauczyciela duchowego czy konkretnej ścieżki rozwoju. Czasami wystarczy terapeuta albo przyjaciółka, ktoś, z kim można się podzielić swoimi odczuciami.

Myślę, więc jestem

Kartezjusz jako pierwszy dokonał podziału człowieka na ciało (czyli materię) i umysł (czyli rozum). Ten francuski XVII-wieczny filozof rozpoczął proces wielkiego rozwoju nauki, a tym samym odmitologizowania świata; wchłonięcia sfery sacrum przez sferę profanum. Umocnił człowieka w przekonaniu o samodzielności, niezależności od losu i dał mu możliwość kreowania własnego przeznaczenia. Rozum na wiele lat stał się bogiem. A potem zapanował kult ciała, czyli: „Czuję, więc jestem”. Kwestia tego, co ważniejsze: głowa czy serce? – powróciła na arenę. Odpowiedź na to pytanie to odwieczny dylemat każdego z nas, bez względu na wiek, kulturę, życiowe doświadczenie. Jeżeli głowa mówi: „tak”, a serce: „nie”, albo odwrotnie – pojawia się wewnętrzny konflikt. Okazało się, że wiedza, racjonalne myślenie czy osiągnięcia medycyny nie zawsze radzą sobie ze wszystkimi bolączkami człowieka.

Urazy i zranienia emocjonalne przez lata lekceważone i zamrożone dają o sobie znać w postaci symptomów bólowych. Bólu nie sposób nie zauważyć. Można go stłumić tabletką przeciwbólową albo rozładować napięcie mięśniowe przy pomocy terapeuty manualnego. Stąd popularność wszelkiego rodzaju metod pracy z ciałem. Jednak szybko okazało się, że sprawny umysł i pozbawione napięć ciało to za mało, by zaspokoić (na dłużej) podstawowy popęd człowieka: dążenia do przyjemności. Pojawiła się tęsknota za duszą.

Czy duchowość jest jednoznaczna z religią?

Potrzeba transcendencji, czyli wiara w istnienie Boga czy innej siły wyższej, stworzyła potrzebę religii. Duchowość przez wiele wieków była z nią utożsamiana. Dziś następuje powolne rozdzielenie obydwu. Zdaniem Sama Harrisa, autora książki „Przebudzenie. Duchowość bez religii”, 20 proc. Amerykanów określa siebie jako osoby uduchowione, ale nie religijne. Religia spostrzegana jest jako przyczyna nietolerancji i podziałów, duchowość to otwartość i uniwersalizm. Dzisiejsza duchowość bardziej wypływa z potrzeby zrozumienia samego siebie i odczuwania łączności z wszechświatem niż z chęci życia zgodnego z dekalogiem czy tęsknoty za wszechwładnym Bogiem. Dla jednych to pragnienie poczucia sensu życia, potrzeba samorealizacji, osiągania dojrzałości, kontaktu z pięknem, dobrem, twórczością. Dla innych zdolność do celebracji miłości jako relacji, a nie tylko uczucia.

Victor Frankl, austriacki psycholog i psychiatra, postrzega człowieka jako istotę posiadającą trzy wymiary: biologiczny, psychologiczny i duchowy, i to właśnie na tej płaszczyźnie w ostateczności dokonuje się integracja wszystkich sfer. Wielość ścieżek duchowych, czyli istnienie tylu sposobów, w jakie możemy przejawiać czy praktykować swoją duchowość, jest dowodem na to, że duchowość nie musi być nierozerwalna z religią. Każdy z nas, bez względu na to, czy jest osobą wierzącą w jakiegoś konkretnego Boga, czy nie – rozwija się duchowo. Zdaniem Sama Harrisa, potrzeba duchowości jest nierozerwalnie związana z poszukiwaniem szczęścia oraz bezpieczeństwa i unikaniem cierpienia. Aby rozwijać się duchowo, nie musimy wcale deprecjonować umysłu ani wyrzekać się ciała. Wręcz przeciwnie. „Umysł jest wszystkim, co mamy. Wszystkim, co kiedykolwiek mieliśmy” – mówi. Może więc Kartezjusz miał rację, twierdząc, że to rozum jest naszym bogiem, ale wewnętrznym, i to on, a nie jakieś zewnętrzne bóstwo, może być sprawcą naszego szczęścia.

W pogoni za króliczkiem

Przez lata lokowaliśmy nasze poczucie dobrostanu poza nami, w zewnętrznym świecie. Przyznaj się, ile razy mówiłaś sobie: „Jeśli zdobędę tę pracę, tego mężczyznę, ten dom… będę szczęśliwa”. I byłaś, ale przez chwilę, a potem wracało poczucie niedosytu, rozczarowania i apetyt na kolejne „jeśli…”. Czy mogę być szczęśliwa, zanim cokolwiek się wydarzy, zanim moje pragnienia zostaną zaspokojone, albo pomimo trudności, bólu albo choroby? – to pytanie, zdaniem Harrisa, jest kluczowym motywem poszukiwania duchowości, czyli głębszego, bardziej stabilnego źródła wewnętrznego dobrostanu. Zgodnie z kanonami wschodniej duchowości rozwój wewnętrzny polega na zgłębianiu natury własnego umysłu i koncentracji na doświadczaniu chwili obecnej, czyli uważności. Akceptacja faktu, że to umysł, a nie okoliczności zewnętrzne decydują o naszym życiu.

Realistycznym celem praktyki duchowej nie jest osiągnięcie trwałego stanu oświecenia, lecz poczucie bycia wolnym w tej właśnie chwili. Dzięki temu mamy szansę w miarę uniezależnić się od czynników zewnętrznych, zminimalizować ból i cierpienie i autentycznie przeżyć swoje życie. Prawdziwie uduchowiona osoba wie, że można być spokojnym i szczęśliwym bez wyraźnej przyczyny. Wszyscy bez wyjątku mamy w sobie wszelkie potrzebne „narzędzia”, by ten stan osiągnąć. Pod warunkiem że nasza potrzeba duchowości wypływa z głębi nas, a nie jest jedynie uleganiem modzie.

źródło: Zwierciadło, wywiad z Ewą Klepacką-Gryz (psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s