Dzieci Natury

Zerwanie więzów z przyrodą jest groźne dla zdrowia, zanurzenie się w nią może uleczyć.

Ciągnie nas za miasto, czekamy na pierwszy powiew wiosny! Zapach w powietrzu, mgiełka zieleni, słońce – potrzebujemy tego jak pożywienia i wody. Ta tęsknota to biofilia – silny, odwieczny związek człowieka z przyrodą. Nie zdajemy sobie sprawy, że brak tego kontaktu jest nie tylko męczący, lecz także szkodliwy dla zdrowia. Coraz rzadziej patrzymy w niebo, rozglądamy się wokół siebie czy zwyczajnie gapimy przez okno. Zresztą, nic dziwnego, dookoła tylko betonowe osiedla i obłoki smogu. Wielu z nas nie widuje na co dzień ani kawałka zieleni. Dom – auto – praca – sklep – dom… Tak wygląda codzienna trasa przeciętnego mieszkańca większego miasta.

A przecież lubimy przyrodę. Wraz z przyjściem wiosny odczuwamy zew Ziemi i – choćbyśmy posiadali jedynie parapet z niewielką na nim doniczką – biegniemy do sklepu ogrodniczego po cebulki żonkili czy tulipanów. Bo tak działa…

Biofilski instynkt

Tkwi w każdym żywym stworzeniu. Brytyjski socjolog i biolog Edward O. Wilson określił biofilię jako „wrodzony, zakodowany w naszych genach pociąg do przyrody, której jesteśmy częścią”. Słynny psychoanalityk Erich Fromm pisał zaś o niej: „To miłość do życia”.

Podobny obraz

W wydanej w 1984 r. książce „Biophilia: The Human Bond With Other Species” Wilson poszedł w opisie tego zjawiska jeszcze dalej. Wyjaśnił, dlaczego ludzie chowają zwierzęta, hodują kwiaty w domu i pielęgnują ogródki działkowe: „Odczytane dotąd kody genetyczne pozwalają założyć, że ów wspólny przodek był podobnym do dzisiejszych bakterii jednokomórkowym mikrobem o najprostszej znanej anatomii i budowie molekularnej. To właśnie za sprawą tego przodka, który zjawił się na Ziemi ponad trzy i pół miliarda lat temu, wszystkie współczesne gatunki łączą dziś pewne fundamentalne cechy molekularne”. Na poziomie pojedynczej komórki wszystko, co żyje, jest w zasadzie identyczne. Z tego pokrewieństwa Wilson wyprowadza swoją teorię biofilii.

Genetycznie jesteśmy pochodną natury, dlatego gdzieś głęboko w sobie odczuwamy jedność z przyrodą. Oderwanie się od niej jest działaniem, które pozostawia bolesne ślady w duszy i ciele. Zdrowie i samopoczucie człowieka są uzależnione od jego związków ze środowiskiem naturalnym.

Za rękę z Matką-Ziemią

„Gatunek ludzki przypomina mitycznego giganta Anteusza, który czerpał siły z kontaktu ze swoją matką Gają, boginią Ziemi. Dopóty, dopóki czuł ją pod stopami, był niepokonany. Herkules, poznawszy jego tajemnicę, uniósł Anteusza w górę i trzymał go tak długo, aż gigant opadł z sił, i wtenczas go zabił. Zwykli śmiertelnicy też słabną, gdy tracą kontakt z Ziemią, różnica polega na tym, że sami sobie gotują ten los” – pisze Wilson w wydanej również w Polsce książce „Przyszłość życia”. Przestrzega przed niszczeniem przyrody, które może przynieść katastrofalne skutki dla naszych potomków. My już je odczuwamy – zamknięci w betonowych ścianach, oddaleni od lasów i ogrodów zapadamy na depresje, nowotwory, stajemy się bardziej drażliwi, agresywni.

Biofilia doczekała się już młodszej siostry, której na imię „ekopsychologia”. Za jej ojca uznaje się Theodore’a Roszaka, profesora historii na California State University. On pierwszy napisał, że zaburzenia relacji człowieka z przyrodą są „faktycznym źródłem powszechnego szaleństwa w społeczeństwie przemysłowym”. – Jako dzieci – argumentuje naukowiec – wszyscy otrzymujemy dar naturalnej więzi z przyrodą, tak zwane ego ekologiczne. Jednak gdy dorastamy, zaburzamy swą wewnętrzną ekologię – podporządkowujemy własną naturę określonym przekonaniom na temat tego, kim jesteśmy, czy kim chcielibyśmy być.

Ekopsychologia jest swego rodzaju próbą uleczenia tego stanu, wzmocnienia nadwątlonych więzi człowieka z naturą. Specjaliści z tej dziedziny przestrzegają, że człowiek, niszcząc otoczenie, zabiera sobie cenny azyl.

Doniczki na stres

Degradacja przyrody i niehigieniczny tryb życia są przyczyną wzrostu chorób nowotworowych i układu krążenia – potwierdza to wiele badań naukowych. Natomiast stały kontakt z przyrodą polepsza stan naszego zdrowia, uspokaja psychikę i równoważy nasze stany emocjonalne. Te zależności naukowcy badają od dawna.

Sympatia ludzi do roślin, ustawianie kwiatów w domu wydaje nam się zwykłym ozdabianiem przestrzeni. Tymczasem to nie tylko przyjemna ozdoba – rośliny mogą mieć bezpośredni wpływ na poprawę zdrowia chorych ludzi.

To prawda. Dowodzą tego badania przeprowadzone na Kansas State University, do których wybrano 90 pacjentów-rekonwalescentów po usunięciu wyrostka robaczkowego. Część z nich przebywała w pokojach bez roślin, pozostali w salach, w których ustawiono piękne kwiaty doniczkowe. Co się okazało? Otóż pacjenci z „zielonych pokoi” przyjmowali mniej leków, mieli niższe ciśnienie krwi i tętno, odczuwali mniejszy ból i byli bardziej pozytywnie nastawieni do życia. Aż 93 proc. Z nich wyznało potem, że największą zaletą ich pokoi były właśnie rośliny. Natomiast ci, którzy nie przebywali w otoczeniu kwiatów, jako największą atrakcję pobytu wskazywali telewizor (91 proc.).

Czy można zatem poprawić komuś zdrowie, stawiając obok jego łóżka bukiet róż? Badacze sugerują, że lepiej rośliny doniczkowe, bo korzystniej wpływają na nasze samopoczucie. Cięte kwiaty mają krótki żywot, szybko więdną, przypominają o przemijaniu. Tymczasem z roślinami doniczkowymi „zaprzyjaźniamy się” na długo. Angażujemy się w ich życie i troszczymy o nie.

Personel szpitala, gdzie przeprowadzano badanie, zaobserwował, że pacjenci bardzo interesowali się kwiatami – podlewali je, przycinali, przestawiali w lepsze dla nich miejsca. Z posiadania kwiatów doniczkowych w domu płyną także inne korzyści: większa wilgotność powietrza i mniejsza ilość unoszących się w nim zarodników pleśni oraz bakterii.

Badania naukowe dowiodły również, że po dłuższym spacerze poprawiają się koncentracja i zdolności pamięciowe. Pozytywny wpływ na sprawność umysłową ma również oglądanie zdjęć przyrody. Skoro więc nie masz szans podziwiać pięknego widoku ze swoich okien, ustaw sobie wspaniały krajobraz choćby na pulpicie ekranu w komputerze. To co prawda nędzna namiastka obcowania z naturą, ale lepsze to niż nic.

Prawie jak prozac

A zwierzęta? Jaki mają na nas wpływ? Zbawienny! Co do tego właściciele psów czy kotów nie mają żadnych wątpliwości. Metody rehabilitacyjne, takie jak dogo-, hipo- albo delfinoterapia, opierają się na biofilskim instynkcie, który tkwi głęboko w nas.

Kilka lat temu na kongresie Amerykańskiego Towarzystwa Kardiologicznego opisano doświadczenie, które zostało przeprowadzone w szpitalu. W badaniu wzięło udział 76 pacjentów, których podzielono na trzy grupy. Chorych z pierwszej grupy odwiedzali przez 12 minut dziennie obcy ludzie w towarzystwie psów – specjalnie przeszkolony czworonóg kładł się na łóżku badanego i pozwalał się głaskać. Do pacjentów przydzielonych do drugiej grupy wpadali tylko od czasu do czasu nieznajomi. Osób zaś z trzeciej grupy nie odwiedzał nikt. I co zaobserwowano? Okazało się, że najkorzystniej wpływało na chorych towarzystwo obcych ludzi z ich czteronożnymi pupilami: czuli się lepiej, poziom ich lęku spadł o 24 proc., a adrenaliny (hormonu stresu) o17 proc. Natomiast w przypadku pacjentów, którzy spędzali czas jedynie w ludzkim towarzystwie, stres zmniejszył się tylko o 10 proc. Jak można się było spodziewać, osoby pozostające bez niczyjego towarzystwa, wykazywały duże zdenerwowanie i lękały się cały czas tak samo.

Psi kompani działają kojąco także na ludzi cierpiących na dolegliwości układu krążenia – ich właściciele mają większą szansę przeżycia zawału serca. Kontakt z czworonogiem pomaga również wydobyć się z depresji. Bezcenny wpływ tej przyjaźni na ludzką psychikę naukowcy porównują z działaniem… prozacu. Właśnie dlatego w wielu szpitalach na świecie psy i inne zwierzęta są stałymi mieszkańcami na oddziałach pediatrycznych i geriatrycznych. – Zwierzęta wnoszą w życie hospitalizowanych radość, spokój i miłość. To bardzo dużo dla ludzi, którzy źle się czują i obawiają o swoje zdrowie – oświadczyła kierująca amerykańskimi badaniami dr Kathie Cole.

Poczuj puls natury!

Aby być bliżej przyrody, czerpać z jej krystalicznego źródła, w cudowny sposób odnowić siły witalne i naładować życiowe akumulatory, niepotrzebne są wielkie nakłady sił ani środków, egzotyczne wakacje czy wyprawy na bieguny. Dobra jest każda forma ruchu na świeżym powietrzu i miejsce, gdzie całym ciałem poczujesz puls natury. Może to być spacer po lesie, górska wędrówka, rowerowa przejażdżka pośród łąk i pól czy leniwe leżenie na trawie pod gruszą…

Wiosna budzi się do życia, dajmy się jej uwieść i rozkwitajmy razem z nią. Starajmy się przebywać jak najwięcej na słońcu i cieszyć oczy wiosennym krajobrazem.

Zostań bioregionalistą!

Na całym świecie działa ruch bioregionalny. Jego entuzjaści zachęcają do poszerzania wiedzy na temat, jakie rośliny i zwierzęta są właściwe dla regionu, w którym żyjemy. Odkrywamy nasze własne miejsca w porządku przyrody. Tworząc bioregionalne mapy, z zaznaczonymi na nich działami wodnymi, rzekami, obszarami leśnymi i łańcuchami górskimi zamiast dróg i miast, docenimy ekologiczną złożoność miejsca, które zamieszkujemy.

 

źródło: Zwierciadło, autor: Ewa Łątka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s