Seksualność w pętli czasu

Seksualność to najbardziej delikatna sfera ludzkiego rozwoju. I chociaż kryje wiele tajemnic, jedno jest pewne – człowiek jest istotą seksualną przez całe swoje życie. Od momentu poczęcia do późnej starości – wyjaśnia dr Dorota Kalka, psychoseksuolog z sopockiego wydziału Uniwersytetu SWPS.

Seksualność interesuje człowieka od zawsze. Jest tematem dla mitów, zafałszowań i społecznego tabu. Chociaż jesteśmy społeczeństwem coraz bardziej otwartym, o seksualności nie potrafimy jeszcze otwarcie mówić. Wstydzimy się ujawniać problemy, jakich doświadczamy w tej sferze, a według prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza dotyczą one aż 43% procent kobiet i 46% mężczyzn. Kłopot z mówieniem o seksualności mają niemal wszyscy, nawet lekarze.

Z raportu prof. Zbigniewa Izdebskiego „Seksualność Polaków na początku XXI wieku” wynika, że 73% pacjentów lekarz nigdy nie zapytał o zdrowie seksualne. Dowodzi to, jak ogromną rolę powinna odegrać prawidłowo prowadzona edukacja seksualna, której mamy w Polsce spory deficyt.

Czytaj dalej

WYWIAD Z JANUSZEM L. WIŚNIEWSKIM

Można zdradzać w ogóle nie wychodząc z domu

Jak pani spojrzy na życie, to rysuje ono głównie linię banalnych czynności, a do tego smutku i problemów. Tylko raz na jakiś czas pojawiają się wyskoki szczęścia. I jeśli one pojawiają się przy i za sprawą osoby, z którą żyję na co dzień, to jest wspaniale. Ale czasem tak nie jest…

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Pańskie czytelniczki od lat mówią, że zna pan kobiety jak mało kto. To ja pana pytam czy kobiety kochają inaczej?

JANUSZ LEON WIŚNIEWSKI: W kulturowym i psychologicznym aspekcie tak. Myślę, że kobiety są bardziej skupione na budowaniu więzi, niż na warstwie miłości związanej z libido. Bo w ogóle jeśli patrzeć na miłość w sposób naukowy i zeskanować mózgi zakochanego mężczyzny i kobiety, to procesy zachodzące w nich będą niemal identyczne. Nie ma żadnych zauważalnych różnic wskazujących na to, że kobieta (przynajmniej biochemicznie) kocha inaczej niż mężczyzna. Ale miłość to nie tylko chemia i wyraz tego uczucia w postaci zachowań i reakcji jest inny u kobiet i u mężczyzn.

Tak stereotypowo, że faceci to fizycznie, a kobiety duchem?

Powiedziałbym inaczej. Miłość w zasadzie ma cztery dające się wyróżnić fazy: nieukierunkowane pożądanie (Libido), próba budowania więzi z wybraną osobą w oparciu o przyciąganie seksualne (Eros), przyjaźń (Philia) i na koniec gotowość poświęcenia dla drugiej osoby (Caritas). Te fazy oczywiście u poszczególnych osób różnią się długością, ale wszystkie w różnych momentach związku zachodzą. I w ogromnej większości przypadków kobiety są bardziej skupione na drugiej i trzeciej fazie, a mężczyźni raczej na pierwszych dwóch.

Ale ta tak zwana romantyczna miłość opiera się właśnie na pożądaniu.

Wynika to z dużej manipulacji, którą tworzy kultura: filmy, gazety, reklamy. Czyli wpaja się nam hollywoodzki model miłości i jednocześnie wmawia, że największą stratą w tej miłości jest doświadczenie zdrady fizycznej. A przecież to nieprawda. Ludzie przestają być wierni sobie nie tylko wtedy, gdy idą z kimś innym do łóżka. Niewierność zaczyna się wtedy, gdy o czymś bardzo ważnym, intymnym w swoim życiu chcesz najpierw powiedzieć komuś innemu, a nie swojemu partnerowi lub partnerce. Można zdradzać w ogóle nie wychodząc z domu.

No i zdradzamy na potęgę.

W dużej mierze dlatego, że nastąpiło totalne społeczne rozgrzeszenie zdrady. W każdym filmie, serialu, książce, gazetach ciągle ktoś kogoś zdradza, a my to oglądamy i po jakimś czasie wydaje się nam, że to normalne. Że skoro wszyscy tak robią, albo przynajmniej większość, to znaczy, że takie są standardy. Na zdradę jest przyzwolenie i zdrada kompletnie spowszedniała. I to jest złe. Bo prawo do wyłączności czyjegoś ciała jest bardzo ważne i jest jednym z podstawowych elementów budowania bliskości oraz zaufania. Niemniej z najnowszych badań wynika, że 42 proc. kobiet przyznaje się do zdrad. Mężczyzn więcej, bo 64 proc. Choć i tak uważam, że w rzeczywistości u obu płci ten odsetek jest wyższy. Ludzie po prostu niechętnie przyznają się do swoich słabości w badaniach. Także tych anonimowych…

Najczęściej zdradzamy, bo…

Kobiety najczęściej zdradzają z zemsty. Dlatego, że doświadczyły same zdrady, albo jakiegoś rodzaju opuszczenia, braku zainteresowania. W związku, w którym libido mężczyzny spada, kobieta w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że traci czas, że mijają jej najlepsze lata, które ma na udane życie seksualne. Ona ciągle jest atrakcyjna, widzi pożądanie w oczach innych mężczyzn, a w oczach swojego partnera już zupełnie nie. W związku z tym chce to pożądanie zrealizować.

Ale podobno już rzadziej z przypadkowymi mężczyznami, a coraz częściej zdradzamy z przyjaciółmi albo z byłymi partnerami.

Tak, to prawda. Profesor Zbigniew Izdebski bardzo dobrze zbadał popularne teraz zjawisko zwane „friends with benefits”. Dwójka ludzi się lubi, mają do siebie zaufanie i ich rozmowy kończą się w łóżku, ale nie idą za tym żadne inne oczekiwania. Robią to żony, które mają przyjaciół, mężowie, którzy mają przyjaciółki. Dla wielu osób taka relacja jest zdrowsza niż romans z nieznajomym, który z założenia jest toksyczny. Dlaczego? Bo bycie „friends with benefits” gwarantuje ludziom większe bezpieczeństwo. Kochankowie się bardzo dobrze znają, nie muszą niczego udawać, wiedzą czego się spodziewać. Takie relacje chronią też przed rozczarowaniem. O wiele bardziej niż te zaczynające się w klubach. Inną sprawą jest to, że kobiety częściej fantazjują, a mniej realnie zdradzają.

Wyobraźnia ma aż taką moc?

Może to dlatego, że wejście w świat fantazji zaspokaja, a jednocześnie czasem chroni przed zrobieniem czegoś w rzeczywistości. Profesor Izdebski również robił badania na ten temat. I tych kobiecych fantazji jest mnóstwo. Najsmutniejszą jaką przeczytałem była o tym, że kobieta najbardziej na świecie pragnęła seksu z trzeźwym mężem. Bo zawsze do tej pory kochali się tylko, gdy partner był na rauszu. A wracając do powodów zdrad, to w przypadku mężczyzn jest nieco inaczej niż u kobiet. Mężczyźni zdradzają głównie dlatego, że biochemicznie spada im pożądanie do jednej kobiety w dłuższym czasie, a okresowo i krótkotrwale wzrasta do innej. Mało tego, tej krótkotrwałej bliskości fizycznej z inną osobą nie traktują jako coś, co zaburza im obraz stałego związku.

Chyba, że ta krótkotrwała bliskość zmieni się w nieco dłuższą.

To co innego. Robi się niebezpiecznie, gdy pojawia się coś, co literatura określa mianem romansu. Czyli regularnego istnienia w dwóch równoległych związkach.

Co to robi z głową faceta?

Z męską i kobiecą robi mniej więcej to samo. Zasada powstania romansu jest bardzo prosta. Ilość substancji chemicznych w mózgu odpowiedzialnych za pożądanie i ekscytację w stosunku do tej jednej osoby spada po pewnym czasie. Ta osoba już nas dopaminowo nie pobudza. Bo nie wiem czy pani wie, ale naprawdę ludzie wiążą się ze sobą z powodu dopaminy. Substancji, która daje zadowolenie podobnie jak narkotyki, czy nawet gry komputerowe. Dopamina uzależnia. Dlatego uzależniają nas osoby, z którymi wyjątkowo dobrze spędza nam się czas. Uzależniamy się od ich bliskości, bo jesteśmy przy nich dopaminowo pozytywie pobudzeni. I kiedy ta osoba odchodzi, to tęsknimy. Chcemy, żeby ona była cały czas, dlatego kontynuujemy daną relację. Czasami bywa to niebezpieczne.

W fazie zakochania wydziela się też fenyloetyloamina, czyli taka amfa.

Niedokładnie, ale w organizmie metabolizuje się do śladowej aminy czyli amfetaminy. Jej stężenie u osób, które deklarują zakochanie, na początku tego stanu jest większe aż o 1500 razy niż u ludzi, którzy tego stanu nie deklarują. Więc zachowujemy się jak po narkotykach. Stąd jest ta walka natury biologicznej i kulturowej. A w przypadku mężczyzn dochodzi jeszcze atawistyczna czkawka związana z odwieczną rolą prokreacyjną.

Teraz prokreacja jest chyba ostatnim powodem, dla którego ludzie wchodzą w romanse.

To prawda. Prokreowanie z kochanką jest raczej niepożądanym efektem romansu (śmiech) i powoduje zazwyczaj mnóstwo problemów. Na poziomie świadomości nie jest to więc żaden motyw, ale chodzi o głęboko i pierwotnie zakorzenioną w nas – mężczyznach potrzebę rozprzestrzeniania swoich genów w imię tego, by spłodzić jak najzdrowsze potomstwo. Za tym też stoi biologia. Krótko mówiąc, istnieje coś takiego jak geny (u ludzi znajdują się na 6. chromosomie) kodujące białka odpowiadające za tak zwaną zgodność tkankową. I im ta zgodność między kobietą a mężczyzną jest słabsza, tym potomstwo ma sprawniejszy system immunologiczny, czyli krótko mówiąc jest zdrowsze i ma większe szanse przeżycia. Więc w sposób naturalny mężczyzna szuka atawistycznie  jak największej ilości różnych kobiet, z którymi może – potencjalnie – to potomstwo mieć, żeby siłą skali odporności było ono jak najbardziej udane.

Ale oprócz natury istnieje coś takiego jak moralność.

Zgadzam się. Dlatego jeśli obiecujemy coś sobie, przysięgamy, to nie po to, żeby w sprzyjających okolicznościach to od razu łamać i wymigiwać się biologią. Zdrada jest zawsze tragedią dla człowieka. Kaleczy, zostawia ślad, rozwala związki, doprowadza do przykrych sytuacji dla dzieci z tego związku. Więc to myślenie, częstsze u mężczyzn, że przecież ten romansik, ta zdrada nic nie zmieni, są kłamstwem wymierzonym w samego siebie. Z drugiej jednak strony losy ludzkie bardzo różnie się układają. I jak pani spojrzy na życie, to rysuje ono głównie taką linię banalnych, powtarzalnych czynności, a do tego melancholii, smutku, problemów. Tylko raz na jakiś czas pojawiają się wyskoki szczęścia. U niektórych bardzo rzadko. I jeśli one pojawiają się przy i za sprawą osoby, z którą żyję na co dzień, to jest wspaniale. Ale czasem tak nie jest. Sytuacje bywają różne, dlatego nie da się tego rozstrzygnąć. Staram się nie oceniać ludzi. Za to chętnie wykorzystuję ich dylematy w literaturze.

Jak by zapytać ludzi na ulicy, to wierność jest jedną z najbardziej cenionych wartości. Tylko z realizacją trudniej.

Jak spojrzę na swoje życie, swoje małżeństwo, w którym przysięgałem wierność, to mogę pani powiedzieć, że ja autentycznie w to wierzyłem. Chociaż pamiętam jak koledzy mi wtedy mówili, że taka pełna monogamia jest niemożliwa. Zresztą w mojej nowej książce dużo o tym piszę. Bohaterem jest mężczyzna, który za każdym razem, za każdą swoją obietnicą wierzył w to, że będzie wierny. Większość z nas tak wierzy i myśli. Ale później, najczęściej z powodu jakiegoś niedosytu, deficytu w relacji, pojawia się ktoś o tę jedną obietnicę za późno. I wtedy często ludzie ważą swoje prawo do szczęścia oraz wartość danego komuś słowa. Czasem ta potrzeba szczęścia przy kimś innym wygrywa.

Świadomość tak ogromnej powszechności zdrady wpływa na relacje w związkach?

Znam wiele par, które żyją w ciągłym lęku o swoje małżeństwo. Widzą, że teraz do zdrad dochodzi bardzo łatwo, że wszędzie czyha pokusa i wpadają w paranoję, która niszczy relację. To znaczy tak bardzo chcą kontrolować partnera, że przeglądają sobie nawzajem w ukryciu zawartość telefonu, nie pozwalają na wyjazdy służbowe, na kontakty ze znajomymi. Zazdrość prowadząca do próby izolacji partnera od świata zawsze kończy się źle.

W jaką miłość pan wierzy?

Dla mnie w miłości jest najważniejsza rozmowa. Rozumiem miłość jako ogromną, nieodpartą chęć przebywania z tą jedną osobą. Gdy kogoś kocham, to chcę mu opowiedzieć wszystko to, co ważnego dzieje się w moim życiu i nie mam potrzeby opowiadania tego komuś innemu. Jestem nienasycony rozmową z tą osobą. Wierzę też w miłość, która daje poczucie wolności. Jestem przykładem mężczyzny, który daje kobiecie mało czasu. Bo ciągle mnie nie ma, bo bardzo dużo pracuję i często podróżuję. Ale jeśli już jestem z nią, to staram się, aby ten czas był jak najlepszej jakości. Chcę, by z nikim innym takiego czasu nie spędziła. Nawet jeśli jest to dzień, który wypełniamy sobie czytaniem książek na głos.

Właśnie wychodzi pana nowa książka „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”. Kogo teraz wziął pan na warsztat?

To historia dojrzałego mężczyzny, któremu pęka naczynie krwionośne i zapada w śpiączkę na 6 miesięcy. Notabene to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, spotkało to mojego przyjaciela. Do bohatera, w czasie jego pobytu szpitalu, przybywają jego byłe kobiety. Przychodzą w różnych sprawach: jedna po to, by powiedzieć mu, że jest najgorszym z możliwych drani, inna, żeby powiedzieć mu jak bardzo go kocha, jeszcze inna, bo jest zaniepokojona jego nagłym zniknięciem. Większość z tych kobiet bohater w przeszłości zranił. I to owe przebudzenie to właśnie moment, w którym dociera do tego mężczyzny kim naprawdę jest, co zrobił bliskim sobie ludziom, kogo zaniedbał, kogo zranił, kto go naprawdę kocha. Z większości tych rzeczy nie zdawał sobie sprawy.

To przebudzenie brzmi trochę jak podsumowanie. Zbiega się ono z jakąś zmianą w pańskim życiu?

Tak, właśnie teraz po trzydziestu latach podjąłem decyzję, że wracam na stałe z Niemiec do Polski. Kupiłem mieszkanie w Gdańsku, zmieniam pracę, zmieniam całą swoją przestrzeń. Robię to także dla kobiety, z którą wprawdzie jestem już kilka lat, ale w końcu zdecydowałem, by nasz związek przestał być relacją na odległość. To jest dla mnie ogromna rewolucja nie tylko z powodu tego, że porzucam Frankfurt, moją małą ojczyznę. To też ogromna zmiana mentalna, stylu życia. I jeśli się czegoś boję, to właśnie tego, że wyhodowałem w sobie pewnego egoistę, który może robić co chce, rzucić swoje skarpetki gdzie chce, chodzić spać o której mu się podoba. Przez długie lata prowadziłem życie niekontrolowanego singla. Ale spotkałem taką kobietę, dla której chcę je zmienić. I zrobię to, ale oczekuję na bardzo duże nagrody, wynikające z ograniczenia mojej wolności. (śmiech)

SZEPTUCHY Z PODLASIA

Szeptuchy z Podlasia – tu czary działają z modlitwą

 Chleb, mak, cukier i woda na kołtun

Modlitwy mówione na wdechu, prawosławne zaśpiewy w języku cerkiewno-słowiańskim, świecowanie uszu, plucie przez ramię, palenie lnu, jedzenie okruszków chleba z makiem i cukrem – tak leczy się choroby, na które lekarz nie pomoże. Działa, gdy niedomaga ciało, ale i dusza. Tak robią to trzy najlepsze szeptuchy na Podlasiu.

Szeptucha (szeptunka, babcia) to kobieta, która zamawia u Boga zdrowie. Używając konkretnych sposobów, prosi go o to, by odegnał choroby. Pośredniczy między człowiekiem a siłą wyższą. Dlaczego modlitwy szeptuch działają cuda? Jak same mówią, otrzymały dar – jednej z nich objawiła się Matka Boska i od tego czasu leczy, drugiej wiedzę i umiejętności przekazały babka i matka, a trzecia miała wypadek samochodowy, po którym poszła do nieba. Po powrocie z zaświatów potrafiła leczyć.

Podlasie to jedyne miejsce w Polsce, gdzie można spotkać prawdziwe szeptuchy. Podobno zostało ich tu już niespełna trzydzieści, ale tylko o trzech mówi się, że są naprawdę skuteczne. Pytając o drogę do jednej z nich, na każdej podlaskiej wsi otrzymamy instrukcje. Co więcej, niezależnie od tego, czy o szeptuchę spytamy kobietę w podeszłym wieku, która siedzi na ławce przed chatą, rolnika w polu czy młodego chłopaka w sportowym samochodzie, nikt nie uśmiechnie się pod nosem ani nie powie, że to zabobon. Babcie na Podlasiu mają status dobrych ludzi i ostatniej instancji w sprawach beznadziejnych. Wystarczy rzucić temat w restauracji czy wiejskim sklepie, by okazało się, że ktoś z obecnych w pomieszczeniu u szeptuchy był i że mu pomogła.

Na forach internetowych przeczytać można, że babcia ma „rogatego za piecem”, że jej moc nie pochodzi od Boga, tylko od diabła. Nie ma w tym prawdy, bo nawet katolicki ksiądz, gdy na spowiedzi usłyszy słowa „byłam u szeptuchy” nie zareaguje źle. Przestrzeże przed zabobonami, ale się przy tym uśmiechnie. Tajemnicą poliszynela jest, że zarówno rodziny księży, jak i sami przedstawiciele kleru chadzają czasem do szeptuchy. Prawosławny batiuszka też złym okiem nie spojrzy na szeptuchę. Oficjalnie jej działalności nie poprze, ale i źle się nie wypowie. Szeptuchy pieniądze, które otrzymają od „pacjentów” oddają na cerkiew, stawiają prawosławne krzyże. Nigdy nie przyjmują zapłaty dla siebie. Co ciekawe, na Podlasiu żył nawet kiedyś pop, który szeptał i był w tym bardzo skuteczny. Jedyne, co odróżniało go od babć to to, że poza modlitwami nie stosował już żadnych innych zabiegów, jak palenie wełny czy topienie wosku.

Uważa się, że potężniejszymi szeptunami są mężczyźni, ale dziś modlitwą leczą głównie kobiety. Wszystkie dawno po menopauzie – dopiero wtedy stają się „czyste” i mają dobry kontakt z Bogiem. Prawdziwe podlaskie szeptuchy spotkamy w Orli, Rutce i Opace Dużej. To Wiera Popławska, Anna Bondaruk i Eugenia.

Ja jestem babcią

Szeptucha Eugenia z Opaki Dużej nie mogła się ze mną spotkać. „Przyjedź w poniedziałek” – mówi mi przez telefon. „Mogę tylko w sobotę” – odpowiadam. Okazuje się, że Eugenii nie ma wtedy w domu, ale zgadza się porozmawiać ze mną telefonicznie. Słucham jej opowieści przez półtorej godziny. W jej rodzinie nie było szeptuch, nikt nie przekazał kobiecie umiejętności z pokolenia na pokolenie. Pani Eugenia lub, jak sama o sobie mówi, „babcia Genia” dostała dar po tym, jak wyszła cało z groźnego wypadku samochodowego. Zanim ocknęła się w szpitalu, trafiła do nieba. Było tam skromnie, ale czysto. Do bram niebios dotarła przez słynny tunel, na którego końcu dostrzegła światło. W niebie spotkała świętego Piotra i Pawła, Boga oraz kobietę w pięknej szacie. To właśnie ona odmieniła jej los, mówiąc do Boga: „Puść ją na Ziemię, ona tam ma córkę, pięcioletnią Basię. Musi wrócić”. Bóg przystał na prośbę kobiety, ale przykazał Eugenii, by zawsze, gdy ktoś poprosi ją o modlitwę, zmówiła ją. I tak robi. Nie przyjmuje w soboty, niedziele i święta, wymaga umawiania się do niej telefonicznie, ale jeśli pod domem szeptuchy zjawi się matka z chorym dzieckiem, zawsze będzie mogła wejść. Nawet w święta.

Szeptucha Eugenia przyjmuje chorych w przyczepie obok swojego domu. Znajdują się tam modlitewniki pokryte grubymi warstwami wosku. Eugenia stosuje świecowanie uszu i topi wosk. Modli się w języku cerkiewno-słowiańskim, z prawosławnych ksiąg. Na moje pytanie, czy taka modlitwa pomoże katolikowi albo agnostykowi mówi, że oczywiście. „W prawosławiu są modlitwy za zdrowie, na odegnanie chorób, na szczęście, a w religii katolickiej nie”. Eugenia podkreśla jednak, że każda religia jest dobra, a wszystkie dotyczą tego samego Boga. I nawet ateista wierzy, skoro przyszedł do niej po pomoc.

Choć szeptucha jest bardzo skuteczna i sama wie, że potrafi pomóc, cały czas podkreśla, że trzeba też chodzić do lekarzy. Że babcia to jedno, a lekarz drugie i najlepiej, gdy te terapie stosuje się równolegle.

Eugenia nie tylko odgania choroby, ale też pomaga przeprowadzić duchy na drugą stronę. Swoje umiejętności przekazała też córce, która, jak mówi babcia Genia, ma dużą moc. „Duchy ją lubią”. Na moje pytanie, czy ona też jest szeptuchą, słyszę kategoryczny sprzeciw. „Za młoda przecież jest!”. Córka Eugenii ma 35 lat. Może zacząć leczyć, kiedy skończy 40. Co by się stało, gdyby spróbowała wcześniej? „Jej modlitwy by nie działały. No, może tylko w 50 procentach” – tłumaczy szeptucha.

Chleb, mak, cukier, woda

Anna Bondaruk z Rutki nie ma telefonu, nie da się do niej umówić z wyprzedzeniem. Dzwonię do sołtysa z jej wsi z pytaniem, czy może coś poradzić, żeby przyjęła mnie w sobotę, kiedy dotrę na Podlasie. „Przyjmie panią!” – mówi. „Ale może niech pan mnie do niej zapisze, powie, że będę tak o 17.00?” – dopytuję. „A po co będę pytał? To dobra pani, przyjmie”. I przyjmuje. Stoi w sadzie i patrzy prosto na mnie, kiedy przejeżdżam obok jej domu, jakby na mnie czekała. Jest drobna, delikatna, włosy zawinęła w chustę. Z jej twarzy wyłaniają się mądre oczy, którymi od czasu do czasu na mnie patrzy. Mówi, że gdyby było ciepło, przyjęłaby mnie przed domem, przy błękitnej ścianie. „Tam stał Jezus, jak miałam iść do szpitala. Miał kociołek, a w środku jakaś szata. Przykrył mnie nią, żeby mi było ciepło i nie poszłam”.

Dziennikarka Onetu przeklęta? Szeptucha stwierdziła, że ma „mocnego nerwa”

Siadamy w izbie. Na ścianie święty obrazek i ususzone gałęzie lipy. „Na co te gałęzie?” – pytam. „Tam za obrazem Jezus siedzi, musi mieć po czym iść” – odpowiada enigmatycznie, mieszaniną polskiego i białoruskiego. Kładzie mi księgę na czole, pyta o imię i zaczyna szeptać modlitwę. Początkowo słowa da się jeszcze rozróżnić, mają dźwięk. Potem zaczyna mówić na wdechu, jakby do środka. Słychać tylko, jak stykają się ze sobą jej wargi. Siada naprzeciwko mnie na stołeczku, podwija mi nogawki i dotyka kostek obu nóg, wypowiadając kolejne słowa w cerkiewno-słowiańskim. W końcu chwyta mnie za małe palce u rąk i delikatnie przesuwa je od prawej do lewej. Jej dłonie są pomarszczone i bardzo zimne, co ma zaskakujące, kojące działanie. Jak chłodny okład przyciśnięty do oparzenia. Trwa to przynajmniej czterdzieści minut. W tym czasie opowiada mi o osobach, które przyszły do niej po pomoc. O mężczyźnie, który zostawił jej 100 dolarów na krzyż przy cerkwi, bo poczuł ciepło, gdy leczyła jego kolana. Kobiecie z Warszawy, która cierpiała na depresję lękową, a po modlitwie ozdrowiała. Wysłała do pani Anny list, w którym napisała, że dzięki niej zdobyła pieniądze. „Jakie pieniądze?” – spytała ją szeptucha. „Przecież ja ci pieniędzy nie zamawiała”. „Wyzdrowiałam, poszłam do pracy. I teraz mam za co żyć”.

Ostatnia faza trzymania za małe palce. Babcia łapie dodatkowo jeszcze serdeczny palec lewej ręki, zaczyna go ciągnąć w lewą stronę i szepcze coś o kołtunie, złym oku i żeby sobie poszło. Kołtun to coś, co tworzy się z nerwów lub w wyniku rzuconego uroku. Mówi jeszcze, że moje przewlekłe zapalenie zatok to wina „mocnego nerwa”. Że przydałaby się wełna z cukrem. Chwilę duma, po czym postanawia zrobić to inaczej. Wstaje, na gazecie rozsypuje mak, dodaje kawałki suchego chleba, przynosi wodę ze studni i prawą ręką kroi chleb. Wszystko układa obok siebie i na stojąco zaczyna się modlić. Pyta o imię mojego syna, rodziców, rodzeństwa i wplata je w słowa długiej litanii. Na zakończenie zaczyna się pochylać do samej ziemi, mówiąc, że „idzie modlitwa”. Teraz jest w kręgosłupie. W kolanach. W stopach. „Czuje ciepło?”. Może to tylko sugestia, ale czuję. Szeptanie skończone. Pytam jeszcze, czy mogę jej zrobić zdjęcia, ale jest nieugięta. „Nie chcę. Stara jestem, teraz już nie chcę”. Ukradkiem udaje się telefonem uwiecznić zaschnięte gałęzie lipy nad drzwiami. Biorę jej rękę w swoje dłonie, żeby podziękować, ale słyszę, że za to się nie dziękuje. Mam wracać prosto do domu, żeby zabrać ze sobą modlitwę.

Szeptucha z Orli

Jest jeszcze Wiera Popławska, znana też jako Wala. Najsłynniejsza, ponoć najpotężniejsza, lat 91. Znana z tego, że krzyczy, łatwo się irytuje, ale potrafi zdziałać cuda. Dziennikarzy podobno przepędza, tak jak osoby po rozwodzie, jestem więc na cenzurowanym już z dwóch powodów. Nie przyjmuje w soboty i niedziele oraz w święta. Próbuję się do niej dodzwonić, ale telefon jest wyłączony. Od Rutki do Orli jest blisko, więc postanawiam przynajmniej sprawdzić, jak wygląda miejsce, w którym mieszka najsłynniejsza szeptucha na Podlasiu. Dom jest zwykły, niepozorny, niczym się nie wyróżnia. Zagadnięty pan nie patrzy na mnie pobłażliwie i mówi o Wierze z szacunkiem. „To dobra kobieta. Wszystkim pomaga”. Spotykam też mężczyznę z Siedlec, który dwa razy odwiedził Wierę. Był u niej w sobotę, ale przyjęła go, bo widziała, że naprawdę potrzebuje jej pomocy. Przy drugiej wizycie szeptucha powiedziała, że już więcej ma nie przyjeżdżać, bo jest zdrowy. Jakie metody stosuje babcia z Orli? Mało kto chce o tym mówić. Modli się i daje wskazówki, które chory ma zachować w tajemnicy. Wyczuwa też sceptyków i wyprasza ich z domu, bo blokują modlitwę.

Orla - miejscowość, w której mieszka Wiera PopławskaOrla – miejscowość, w której mieszka Wiera PopławskaFoto: Małgorzata Wrzałka / Onet

Do Wiery wielki szacunek ma szeptucha Eugenia, która wymienia ją jako najlepszą szeptuchę na Podlasiu i mówi, że chyli przed nią czoła. „Krzyczy jak lekarz. Bo ona chce pomóc i ją złości, kiedy ktoś nie słucha zaleceń i o siebie nie dba”.

Wyprawa tropem szeptuch kończy się. Z chlebem, makiem, cukrem i wodą wracam na ziemię świętokrzyską, gdzie nieliczne czarownice leczą ziołami. Podobno już nie mam kołtuna.

WOJCIECH EICHELBERGER – O WSPÓŁCZESNYCH KOBIETACH

Wojciech Eichelberger: W umysłach współczesnych kobiet odradza się duch czarownic

Katarzyna Bielas

Wojciech Eichelberger - psychoterapeuta, coach i trener, dyrektor Instytutu Psychoimmunologii (IPSI)

Po prawie 20 latach wznawiane są twoje ważne książki, w tym nominowana do Nike „Kobieta bez winy i wstydu”. Jest w niej pięć rozdziałów: „Matka”, „Kusicielka”, „Czarownica”, „Dziewica”, „Święta, syrena czy ladacznica?”. Jak powstała ta książka?

Ponad 20 lat temu dałem się namówić na cykl wykładów na temat problemów kobiet. Były na nie żywe reakcje, tak powstał pomysł książki. To były inne czasy, ruch feministyczny w Polsce dopiero się rozkręcał, sam też byłem na początku refleksji na ten temat. Oprócz lektur i obserwacji miałem doświadczenie z pracy terapeutycznej z wieloma kobietami. Mam je nadal. Stąd czerpię pewność, że te pięć archetypów czy też utrwalonych kulturowo stereotypów – nazwijmy je archestereotypami – opisuje podstawowe źródła problemów kobiet w naszym judeochrześcijańskim kręgu kulturowym.

Książka wciąż jest aktualna?

Przejrzałem ją na nowo i nic nie zmieniłem. Nie upieram się, że moja lista archestereotypów jest wyczerpująca, ale jest wystarczająca. Te opisane przeze mnie bardzo silnie oddziałują na to, jak kobiety funkcjonują w ramach swojej płci, w relacjach z płcią przeciwną, ze światem.

Te archestereotypy biorą się z zewnątrz czy z wewnątrz?

Na początku pochodzą z zewnątrz – jesteśmy dziećmi, słuchamy baśni, chodzimy do kina, teatru, do jakiegoś kościoła, słuchamy, co mówią rodzice, obserwujemy otoczenie. Pomału to uwewnętrzniamy, a potem zaczyna to działać jak nieuświadomiony skrypt, który staje się składnikiem naszej tożsamości, przepisem na własną życiową strategię. Może silnie oddziaływać na naszą tożsamość, kształtować nas i ograniczać. Na tym polega proces socjalizacji.

Jak się obchodzić z tymi archestereotypami? Starać się je zmieniać, przekraczać?

Nasz rozwój i wynikające z niego zmiany obyczajowo-kulturowe biorą się stąd, że kwestionujemy to, co w przeszłości nas urządzało, a już nie działa albo wręcz w sposób szkodliwy ogranicza, na przykład zakaz seksu przedmałżeńskiego. Kulturowa i obyczajowa rzeczywistość w erze przedfeministycznej była monolitem, a teraz stała się zróżnicowana i daje nam wolność. Archestereotypy, które mamy w sobie, są przeciwnikami, z którymi trzeba się rozprawić, a przynajmniej je zweryfikować. Trzeba jednak zdać sobie najpierw sprawę, że istnieją. Opisany w książce katalog archestereotypów zaprasza do uwalniania się od nich.

Rzeczywistość daje dużo możliwości, ale opresje nie zniknęły.

Ludzie rodzą się pod jakimś wpływem i mogą doświadczać opresji, ale jest alternatywa. Nie mówię tu o krajach cierpiących pod jarzmem religijnym czy politycznym. Nawet w konserwatywnej Polsce, po 25 latach liberalnej demokracji, opresyjność ze względu na przekonania, obyczaje czy preferencje seksualne ma już bardziej ograniczony zasięg. Można z niej wyjść, bo jest gdzie. Można znaleźć środowisko, w którym da się żyć. Moim zdaniem rzeczywistość nas wyprzedziła. Mówi: „Macie wolność, znajdźcie sobie nowe miejsce, nowy scenariusz na życie”. Przeszkadzają nam tylko ograniczenia wewnętrzne. Na to właśnie zwracam uwagę we wszystkich swoich książkach.

Spójrzmy na twoją listę. Co dziś wydaje ci się najważniejsze?

Czarownica.

Czarownica, czyli osoba wolna?

Wolna, bo myśli inaczej, jest niekonformistyczna, buntuje się, nie musi kupować leków w aptece, leczyć się w szpitalach, nawet posyłać dzieci do szkoły. Czerpie z tylko sobie znanej mądrości, intuicji i szczególnego kontaktu z przyrodą, nie słucha bożych pośredników, kwestionuje patriarchalne dogmaty religijne, walczy o prawo do wolności reprodukcyjnej. Czarownice palono na stosie m.in. za to, że pomagały usuwać niechcianą ciążę czy jej zapobiegać.

Gdyby pochyliło się nad tym kilku mądrych ludzi, okazałoby się, że w umysłach współczesnych kobiet odradza się duch czarownic i że wiele zmian w kulturze, obyczaju i prawodawstwie można przypisać temu procesowi. Nazywam to pełzającą rewolucją czarownic. Kościół, który w sprawie eksterminacji wolnych kobiet nie uderzył się jeszcze w piersi i ich nie zrehabilitował, obrywa teraz za swoje grzechy, musi dyskutować i poważnie liczyć się z tzw. genderem – bo „genderu” na szczęście nie da się już spalić na stosie.

Jak ta przeszłość, historia ujawnia się dziś?

Cała historia czarownic jest bardzo silnym obciążeniem w psychice wielu kobiet. Nawet nie uświadamiamy sobie, jak silnym. Spotykam się z tym w terapii i w życiu. Palenie czarownic trwało 300 lat! Ponoć zginęło około dwóch milionów kobiet. To w nowożytnej historii Europy zbrodnia bez precedensu. Rozciągnięta na wiele pokoleń eksterminacja ludzi zabijanych za płeć i przekonania. Czym to się różni od zabijania za przynależność do napiętnowanej rasy i religii? Istnieje coś takiego jak zbiorowa podświadomość grup np. tej samej płci, rasy, wieku. Skutki stosów są analogiczne do transgeneracyjnych psychicznych konsekwencji zagłady Żydów. Potomkowie ofiar nadal doświadczają psychicznych skutków Holocaustu. Potworne doświadczenie kobiet traktowanych jak śmieci, które wypalano żywym ogniem, tworzy do dziś w ich psychice ogromną barierę lękową. Boją się porwać na pełną autonomię, na całkowitą wolność.

Z czym konkretnie kobiety mają problemy?

Ciągle mają np. trudności w uwalnianiu się od złych związków, toksycznych i przemocowych partnerów. To jest lęk przed złamaniem tabu, przed samodzielnością: „Czy sobie poradzę, czy świat mnie zaakceptuje, czy też zostanę wyklęta, bo np. porzuciłam męża i dzieci?”. To strach przed tym, że wszelki bunt może zostać straszliwie ukarany przez męski świat. Działa bardzo silnie w podświadomości kobiet. Przypuszczam, że z tego powodu nie wyszły jak dotąd z inicjatywą postawienia pomnika męczeństwa czarownic. W każdym razie chrześcijańska Europa o takiej inicjatywie nic nie wie.

U mężczyzn podobnych trudności nie obserwujesz?

Jakoś u mężczyzn tego nie widać, mają więcej swobody i pewności siebie. A poczucie winy związane z „holocaustem czarownic” mężczyźni mają wyparte, stąd nadal powszechna męska agresja i pogarda dla kobiet. Jak wiadomo, odczłowieczenie i poniżenie ofiar pomaga uciszać sumienie zbrodniarzy.

Jak kobiety przekraczają swój strach?

Wiele kobiet na całym świecie, które pracują nad sobą wewnętrznie, ma silne inklinacje do szamaństwa, w tzw. kręgach newage’owych nurt szamański bardzo się rozwija. Gdyby to działo się kiedyś, idealnie pasowałoby do obrazka – bo właśnie za taki sposób widzenia świata palono na stosie.

Czym to jest teraz? Próbą odreagowania sytuacji sprzed 200 lat?

Także przejawem wolności. Jest to bunt zbiorowy. Według mnie to kobiety najczęściej próbują wyłamywać się z systemu publicznej służby zdrowia, dostrzegają hipokryzję korporacji farmaceutycznych, są bardziej wrażliwe na patologie systemu edukacji, chemizację żywności, a także na opresyjne działanie kulturowych stereotypów płci. To przecież nieświadoma kontynuacja buntu czarownic, gdy krzyczą: „My chcemy leczyć się ziołami, coś z tymi szczepionkami jest nie tak!”. Współcześnie to głównie kobiety wyrażają krytyczny stosunek do rzeczywistości. Trwa kulturowe starcie męskiego świata racjonalności, sterylnych laboratoriów, fabryk i korporacji z magiczno-naturalistycznym kobiecym żywiołem.

Czyli znowu kobiety to emocje, biologia, a mężczyźni – logos.

Ten stereotypowy podział też przechodzi do lamusa, bo okazuje się, że kobiety lepiej odnajdują się w nowym paradygmacie.

Jakim?

Tym, który potwierdzają odkrycia fizyki i mechaniki kwantowej uzasadniające widzenie świata jako spójnego organizmu czy hologramu, który jest bytem inteligentnym, z którym trzeba się dobrze komunikować. Kobiety czarownice wiedzą, że jeśli pójdziemy dalej w kierunku wytyczonym przez męską cywilizację, to Ziemia nie przetrwa jako organizm podtrzymujący wyższe formy życia. Dla postoświeceniowej męskiej arogancji skrajna kontrkulturowość czarownic jest nie do przyjęcia. Wszystko miało być jasne: Bóg mężczyzna, widzialne oddzielone od niewidzialnego, męski umysł, który może wszystko pojąć, Wszechświat jako maszyna, którą można kontrolować – a tu jakieś baby biegają po lasach, zbierają zioła i mówią, że jest inaczej.

Świat zintegruje tę kobiecą część?

To się już odbywa. Konserwatywny logos musi spokornieć, już pokornieje.

Powiedzmy jeszcze o dziewicy. Ten archestereotyp jest aktualny?

Pierwotne rozumienie dziewictwa zostało przez patriarchat kompletnie przekłamane w celu lepszej kontroli rozrodczości kobiet i ich życia seksualnego. Dziewictwo w naszej kulturze łączy się z narracją o Matce Boskiej Zawsze Dziewicy, która z dziewiczego łona urodziła syna Boga, co w pojęciu ludzi jej współczesnych mogło znaczyć, że nie wiadomo, kto był ojcem. Natomiast cała późniejsza mitologia dziewictwa wygląda na męski wynalazek służący podporządkowaniu kobiet, a także temu, by kontrolować męską genealogię, żeby mężczyzna był zawsze pewien, że dziecko jest jego.

A to pierwotne rozumienie?

Pierwotnie dziewictwo to nie był stan błony dziewiczej, tylko niezależność oraz czystość serca i umysłu. W antyku na ten przydomek zasługiwała kobieta, która nie była w żaden sposób podporządkowana mężczyźnie – to ona decydowała, kto będzie ojcem jej dzieci. Niektórzy antropolodzy kultury uważają, że dziewictwo Marii zostało wywiedzione z antycznego rozumienia dziewictwa. Kulturowy archestereotyp dziewicy ciągle silnie działa. Są kliniki przywracania błony dziewiczej. Spotkałem polskiego chirurga, który najwięcej zarabia na reperowaniu błon dziewiczych – bo to prosta operacja.

Muzułmankom?

Polkom niemuzułmankom, one też chcą lepiej wypaść w noc poślubną, tak silnie działa ten przekaz. To taka zmyła, żeby facet miał satysfakcję, że się przez coś przebił i zasiał swoje nasienie w dziewiczej glebie.

W książce napisanej z Beatą Pawłowicz „Życie w micie” mówisz, że wyzwolenie seksualne kobiet to mit.

Dość powszechnie kobiety rozumieją swoje obyczajowe wyzwolenie jako możliwość posiadania wielu partnerów. „Patrzyłyśmy, jak używaliście życia, teraz my chcemy tego samego”.

A jak twoim zdaniem jest naprawdę?

Uważam, że często to potrzeba pozorna i przejściowa. Pytanie, czy rzeczywiście kobieta chce i lubi mieć co chwila innego partnera. Czasem wygląda to na naśladownictwo, które może się rozmijać z wewnętrznymi potrzebami znacznej części kobiet.

Tę wiedzę czerpiesz z doświadczenia zawodowego?

Oczywiście. Nie uprawiam ideologii, uczę się od życia. Od lat trafia do mnie wiele kobiet, które zapędziły się w tę stronę i kompletnie się pogubiły, korzystając z dostępnej wolności. Wolność trzeba najpierw odnaleźć w sobie, poznać swoje wewnętrzne potrzeby i realizować je w zgodzie ze sobą.

Mężczyźni się nie zapędzili?

Też się zapędzili. Mężczyzn patriarchat kompletnie rozpaskudził, wpędził w megalomanię. Bo w patriarchalnej kulturze kobieta nie była partnerem. Jej rola, siła negocjacyjna, zdolność do wchodzenia z mężczyzną w dialog były bardzo ograniczone. Mogło to polegać wyłącznie na manipulacjach, nigdy nie na partnerskiej, merytorycznej dyskusji. Teraz kobiety mogą głośno powiedzieć, czego potrzebują w seksie, życiu, partnerstwie, lecz powstaje pytanie, czy są słuchane i czy dobrze wiedzą, czego potrzebują. Moim zdaniem współczesne kobiety powinny przede wszystkim dążyć do tego, by w pełni zautonomizować kontrolę swojej rozrodczości, czyli uniezależnić się od chemii, bo cała ich emancypacja wisi na tej jednej cienkiej nitce.

Gdyby było to możliwe, pewnie dawno by coś wynaleziono.

Może było to możliwe w wykonaniu czarownic. Kto wie, czy takie sposoby nie istnieją np. w zaawansowanym zielarstwie. Paradoksalnie, teraz kontrola rozrodczości kobiet zależy w ogromnym stopniu od męskiego świata, który kontroluje produkcję i dystrybucję pigułek. Pigułka jest jednak zewnętrzną protezą, więc nie można spokojnie na niej polegać, bo może przestać być dostępna, gdy np. do władzy dojdzie stronnictwo, które w ogóle zakaże antykoncepcji. I co wtedy?

Mówisz, że co to za wolność, skoro kobieta bierze wszystko na siebie i przez 30 lat szpikuje się hormonami.

Nikt już nie zabiega o pigułkę dla mężczyzn, choć były takie próby. Uważam, że mężczyźni dbają o swoją wygodę, a kobiety poświęcają zdrowie w imię odwiecznego męskiego marzenia o zawsze dostępnej samicy. Nie wszystkie są tego świadome.

Czyli jak jest z emancypacją?

Zbyt wcześnie ogłoszono zwycięstwo. Wielu, głównie mężczyzn, żyje w przekonaniu, że proces się już dokonał, a moim zdaniem jest on w początkowym stadium. Może w wymiarze prawno-politycznym w znacznej mierze się dokonał, ale na pewno nie w ludzkich głowach. Tu rodzi się pytanie: czy kobiety rzeczywiście się wyemancypowały, czy też zostały tylko dopuszczone do gry na męskim boisku – „możecie sobie pograć, ale myśmy tę grę wymyślili i ustalili reguły”? W tym sensie emancypacja to złudzenie. Kobiety w męskiej grze dużo za to płacą. Nie chcę być źle zrozumiany, nie chcę, żeby kobiety zeszły z boiska, wróciły do domu i kuchni. Konieczny jest następny etap – wydobycie się z pułapki naśladownictwa.

Stworzenie innej gry?

W tej chwili za przejaw emancypacji kobiety uznają to, że mogą harować jak mężczyźni, po to by zdobyć ich uznanie. A potem i tak są eliminowane z podziału zysków. Kobiety z kręgów feministycznych to oczywiście zauważają. Chodzi mi o to, co nazywam syndromem horyzontu szczęścia niewolnika, a co się sprowadza do naśladowania szaleństw swojego byłego pana. Z perspektywy zniewolonych przez tysiąclecia kobiet tym horyzontem jest np. to, żeby mieć taką swobodę obyczajową jak mężczyźni. Ale to jest przecież naśladowanie ciężkiej choroby ducha. Okres naśladowczy jest, niestety, koniecznością dziejową w każdej rewolucji, ale w tej szczególnej rewolucji niech to będzie tylko świadomy kobiecy wallenrodyzm: „Wchodzę na to boisko, ale po to, żeby lepiej poznać męską grę i ją zmieniać, a nawet wymyślić nową. Będę agentką na obcym terytorium, a nie neofitką wrogiej ideologii”.

Masz swój pomysł na taką kontrkulturę?

Nie mam. Nie jestem kobietą, a w dodatku jestem zbyt obciążony dziedzictwem patriarchatu.

W. Eichelberger „Kobieta bez winy i wstydu” (wyd. Drzewo Babel, 2015)

%d blogerów lubi to: