Dlaczego krzyczymy w złości?

Hinduski święty, który odwiedzał rzekę Ganges, biorąc kąpiel zobaczył na brzegu krzyczącą na siebie w złości rodzinę. Zwrócił się do swych uczniów, uśmiechnął i zapytał:
„Dlaczego ludzie w gniewie krzyczą na siebie?”
Uczniowie myśleli i jeden z nich powiedział: „Krzyczymy, bo tracimy spokój.”
„Ale dlaczego należy krzyczeć, gdy druga osoba jest tuż obok nas? Możesz również powiedzieć, co masz do powiedzenia w łagodny sposób. ” zapytał święty.
Uczniowie dali jakieś inne odpowiedzi, ale żadna nie zaspokoiła świętego.
Wreszcie święty wyjaśnił.
„Kiedy dwoje ludzi jest złych na siebie, ich serca oddalają się od siebie. Aby odległe od siebie serca mogły się usłyszeć, potrzebują krzyczeć. Im bardziej ludzie się złoszczą, tym dalej są ich serca i tym głośniej musza krzyczeć, aby pokonać tę wielką odległość.”
„A co się dzieje, gdy dwoje ludzi się kocha? Nie krzyczą na siebie, tylko mówią cicho, ponieważ ich serca są bardzo blisko. Odległość między nimi jest albo nieistniejąca lub bardzo mała… ”
Święty kontynuował: ” Co się dzieje, gdy kochamy się jeszcze bardziej? Oni nie mówią, tylko szeptają, bo ich serca są tak blisko siebie. Wreszcie, nawet nie muszą szeptać, tylko patrzą na siebie i to wszystko. Tak blisko są ludzie, którzy się kochają. ”
Spojrzał na swoich uczniów i powiedział:
„Więc, gdy się kłócisz nie pozwól, aby wasze serca oddalały się. Nie używaj słów, które zwiększą odległość, bo może przyjść dzień, gdy odległość będzie tak wielka, że serce nie będzie mogło znaleźć drogi, aby wrócić.”

źródło: Rzeka Życia

(znalezione u Stefan Stania)

Sklepik życia

Na peryferiach Wszechświata znajduje się mały sklepik.
Szyldu dawno już nie ma, został zdmuchnięty przez kosmiczny huragan.
Nowego szyldu właściciel sklepu nie powiesił, ponieważ wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzą przecież, że sklep sprzedaje marzenia.

Zdjęcie użytkownika Rzeka Życia.

Asortyment jest bardzo bogaty można tu kupić praktycznie wszystko.

Jacht, dom, małżeństwo, posadę prezesa korporacji, pieniądze, dzieci,dobrą pracę, duży biust, medal olimpijski, samochody, drużyny piłkarskie, władzę, sukces i wiele innych dóbr. Czytaj dalej

Play listy, czyli nie wszystkie fobie są o miłości

Śnij tylko dobrze. O koszmarach zapominaj. Nie dręcz się złudzeniami. Karm weną twórczą. Znajdź w sobie pasję. Zainspiruj się czymś. Obejmuj drzewa. Pamiętaj o tym, że każdy może mieć chwilę słabości, że ma prawo się przewrócić. Nie krzycz wtedy na siebie, tylko próbuj wstać. Choćby to był środek ciemnej nocy. Jest jeszcze tyle pięknych zdarzeń przed tobą, miejsc, których nie znasz , ludzi o których jeszcze nic nie wiesz. Tylko od Ciebie zależy, jaki zapach świata poczujesz i co się stanie dalej.

Znalezione obrazy dla zapytania don't give up

Kaja Kowalewska, Play listy, czyli…

Czas

Ludzie marnują czas. Przepijają czas. Przesypiają. Kłócą się, rwą sobie włosy z głów, wbijają sztylety. W plecy albo za plecami. Myślą, że tak można. Trwać w niewygodnych butach i złości.

Ludzie marnują czas. Na syfy i kłótnie. Na czekanie. Na milczenie. Na złą miłość. Nie do twarzy im w takich szalikach. Ludzie marnują czas. „A ja jeszcze poczekam, nie odezwę się, zamknę się, uwolnię, zesram się”. Myślą sobie, że może jutro, za dwa tygodnie, za miesiąc, rok, za dziesięć lat. Zapominają, że tak łatwo można przegapić wszystko.

Kaja Kowalewska

arab tea

Serce w poniedziałek..

winter coffee

Serca nie oszukasz. Nikt nie oszuka. I taka jest prawda. To się czuje.

I tęsknotę się czuje jak zapach kawy, której nie można wypić, który tylko zapachem jest i drażni duszę. Czuje się dłonie w snach. Pocałunki obok. Poduszki.

Znałam takich, co uciekali od serca. Ale od serca się nie ucieknie. Tak naprawdę nie ma ucieczek. Dróg wyjścia, skrótów. Może być przerwa w sercu na chwilę. Próba zakrywania uczuć ręką. Później i tak wszystko wraca. Przychodzi. Można milczeć, liczyć do stu i przekonywać siebie, że nic, mówić do siebie: nie i nie.  I co z tego?

Pragnienia zawsze wracają, jeśli są prawdziwe.

 

Kaja Kowalewska

 

 

Zmęczenie

I am tired god

 

Jes­tem zmęczo­ny sze­fie. Zmęczo­ny wędrówką, sa­mot­nie jak jaskółka w deszczu. Zmęczo­ny tym, że nig­dy nie miałem przy­jaciela, żeby po­wie­dział mi skąd, gdzie i dlacze­go idziemy. Głównie zmęczo­ny tym, ja­cy ludzie są dla siebie. Zmęczo­ny jes­tem bólem na świecie, który czuję i słyszę… Codzien­nie… Za dużo te­go. To tak jak­bym miał w głowie ka­wałki szkła. Przez cały czas.

Stephen King, Zielona Mila

 

WSTĄŻKA I DUCH

Słoneczny, leniwy dzień. Małe miasteczko. Przytulne i urocze. Słychać stukot obcasów kobiet na brukowanych  uliczkach, odgłosy rowerów i śmiech dzieci biegnących ze szkoły. Choć nieco uśpione popołudniową siestą, jest pełne turystów o tej porze roku.

Wąskie, kamienne uliczki zdobią donice kolorowych kwiatów wystawionych w oknach przez gospodynie. Soczyste różaneczniki i powojnik szukają drogi do słońca na ścianie kamiennego domu. A między nimi sklepik. Galeria codzienności. Kawiarenka zapachów. Z wąskim wejściem i małym okienkiem otoczonym stuletnimi okiennicami, przez które widać cuda.

Nad wejściem, na wstędze wykonanej ze starego już drewna, ktoś wyrzeźbił lata temu napis  „Wstążka i duch”. Nikt nie wie dlaczego. Tak po prostu. Tak się zaczęło. Od tego napisu, zanim cokolwiek pojawiło
się w środku. Och, nie. Wcześniej były dwa schodki kamienne.  Nierówne. Z wyżłobionym
zagłębieniem na stopy w środkowej części. A kamień wygładziło tysiące stąpnięć tych, którzy poszukiwali czegoś, co to miejsce oferowało ludziom przez dziesiątki lat.

Wchodząc do środka, jest tak, jakby się przekraczało bramę do innego świata. Dużo różności. Kolorowo. Fiolet i zieleń. Biel i czerń. Ciemne drewno. I zioła. Sztuka użytkowa, lokalne rękodzieło, figurki
zamorskich bogów, pomieszane z rzeczami potrzebnymi do zwykłej codzienności. Turkusowe lśnienie w rogu, biała misa zdobiona marokańską ceramiką. Każda rzecz inna, pojedyncza, każda jakby miała duszę, jakieś ręce ją trzymały, przygotowały, zdobiły, tchnęły życie w najmniejszy element tego świata galerii.
W głębi kredens. Drewniany, przysadzisty, nieco chylący się ku oknie, piaskowany kredens koloru bielonego drewna. A w nim buteleczki z nalewkami  na spirytusie i te na różne dolegliwości – bursztynowa, lawendowa i cała łąka przetworzona na kropelki, plasterki i zapachy kwiatów z pobliskich pól, ale i odległych Indii, czy innych azjatyckich zakątków. Kredens jest duży, jak dumny paw na środku galerii, przystrojony wiązkami lawendy i kocimiętki,  skrywa tajemnice dobrego życia.
Tuż obok rozłożystego mebla – kawiarka. Ta z kolei, koło bielonego kredensu, wygląda, jakby przez lata spoczywała na dnie oceanu, a woda wygładziła nierówną drewnianą formę i oczerniła węglem. Kilka słojów z kawą sprowadzoną z daleka. Zaś pod oknem, dwa stoliki przykryte serwetkami wyszydełkowanymi przez Nią. Przy nich krzesełka, a każde inną historię ma. Jedno podarowała jej para starszych ludzi z daleka, którzy w złotą rocznicę swojego ślubu przyjechali w to miejsce, które ich połączyło lata temu.
Na stolikach dwie tace ciasta domowej roboty, przywiezione z rana przez Włascicielkę. Duże kwadratowe kawałki puszystego sernika kuszą niezmiernie. Dla wielbicieli oryginalnych smaków też coś przygotowała – zapach karmelu, migdałów i miodu delikatnie unoszący się nad drugą paterą przyprawia o bizantyjskie wrażenia od samego widoku.

I nad tymi formami, zapachami, kolorami, króluje Ona.
Krąży od rana pomiędzy dziesiątkami cudowności, przestawia, poprawia, poleruje. I uśmiecha się tajemniczo. Do swoich myśli i do swojego małego królestwa.
Dziś w jedwabnej, liliowej sukience zdobionej ręcznie malowanymi białymi różyczkami. Materiał układa się miękko ma biodrach, piersiach, a duży dekolt przysłaniają tylko pojedyncze ciemne pukle, wysuwające się z upiętych jakby niedbale na szyi włosów.

W tle sączą się dźwięki rzewnego Fado.

Już czas.
Otwiera szeroko drzwi galerii. Zaprasza uśmiechem i blaskiem oczu. Dużo obcych ludzi, podróżujących przez to miasteczko, kupuje jej skarby, zgromadzone od lokalnych artystów czy przywiezione tu z
dalekich stron. Wszystko starannie wyselekcjonowane, niepowtarzalne. Dziękują, czasem zamawiają kawę dla odprężenia i słuchają jej opowieści o lawendowych polach w pobliżu, czy o dalekich stronach,
skąd sprowadziła mikstury, umiejące przeistoczyć melancholię w radość.
Ale nie oni są treścią życia tego miejsca. Raczej Ci, co przychodzą tu regularnie. Ci przychodzą tu dla Niej. Pije z nimi kawę i częstuje swoimi nowymi, słodkimi odkryciami. Siada z nimi lub układa suche bukiety i słucha. O życiu, o pracy, pieniądzach, boleściach, zdradach i szczęściu. Uspokaja ich jej głos i
to miejsce. Najbardziej w listopadowe ciemne popołudnia, kiedy życie w miasteczku zamiera, a tu, u Niej, w galerii, zawsze płonie ogień w kominku i roznosi się zapach dalekich stron i innego świata.
W te najbardziej słotne dni, wyjmuje karty, na co dzień głęboko ukryte w komodzie na zapleczu, aby osuszyć czyjeś łzy, czy uspokoić skołatane myśli.

D, 2012