WSTĄŻKA I DUCH

Słoneczny, leniwy dzień. Małe miasteczko. Przytulne i urocze. Słychać stukot obcasów kobiet na brukowanych  uliczkach, odgłosy rowerów i śmiech dzieci biegnących ze szkoły. Choć nieco uśpione popołudniową siestą, jest pełne turystów o tej porze roku.

Wąskie, kamienne uliczki zdobią donice kolorowych kwiatów wystawionych w oknach przez gospodynie. Soczyste różaneczniki i powojnik szukają drogi do słońca na ścianie kamiennego domu. A między nimi sklepik. Galeria codzienności. Kawiarenka zapachów. Z wąskim wejściem i małym okienkiem otoczonym stuletnimi okiennicami, przez które widać cuda.

Nad wejściem, na wstędze wykonanej ze starego już drewna, ktoś wyrzeźbił lata temu napis  „Wstążka i duch”. Nikt nie wie dlaczego. Tak po prostu. Tak się zaczęło. Od tego napisu, zanim cokolwiek pojawiło
się w środku. Och, nie. Wcześniej były dwa schodki kamienne.  Nierówne. Z wyżłobionym
zagłębieniem na stopy w środkowej części. A kamień wygładziło tysiące stąpnięć tych, którzy poszukiwali czegoś, co to miejsce oferowało ludziom przez dziesiątki lat.

Wchodząc do środka, jest tak, jakby się przekraczało bramę do innego świata. Dużo różności. Kolorowo. Fiolet i zieleń. Biel i czerń. Ciemne drewno. I zioła. Sztuka użytkowa, lokalne rękodzieło, figurki
zamorskich bogów, pomieszane z rzeczami potrzebnymi do zwykłej codzienności. Turkusowe lśnienie w rogu, biała misa zdobiona marokańską ceramiką. Każda rzecz inna, pojedyncza, każda jakby miała duszę, jakieś ręce ją trzymały, przygotowały, zdobiły, tchnęły życie w najmniejszy element tego świata galerii.
W głębi kredens. Drewniany, przysadzisty, nieco chylący się ku oknie, piaskowany kredens koloru bielonego drewna. A w nim buteleczki z nalewkami  na spirytusie i te na różne dolegliwości – bursztynowa, lawendowa i cała łąka przetworzona na kropelki, plasterki i zapachy kwiatów z pobliskich pól, ale i odległych Indii, czy innych azjatyckich zakątków. Kredens jest duży, jak dumny paw na środku galerii, przystrojony wiązkami lawendy i kocimiętki,  skrywa tajemnice dobrego życia.
Tuż obok rozłożystego mebla – kawiarka. Ta z kolei, koło bielonego kredensu, wygląda, jakby przez lata spoczywała na dnie oceanu, a woda wygładziła nierówną drewnianą formę i oczerniła węglem. Kilka słojów z kawą sprowadzoną z daleka. Zaś pod oknem, dwa stoliki przykryte serwetkami wyszydełkowanymi przez Nią. Przy nich krzesełka, a każde inną historię ma. Jedno podarowała jej para starszych ludzi z daleka, którzy w złotą rocznicę swojego ślubu przyjechali w to miejsce, które ich połączyło lata temu.
Na stolikach dwie tace ciasta domowej roboty, przywiezione z rana przez Włascicielkę. Duże kwadratowe kawałki puszystego sernika kuszą niezmiernie. Dla wielbicieli oryginalnych smaków też coś przygotowała – zapach karmelu, migdałów i miodu delikatnie unoszący się nad drugą paterą przyprawia o bizantyjskie wrażenia od samego widoku.

I nad tymi formami, zapachami, kolorami, króluje Ona.
Krąży od rana pomiędzy dziesiątkami cudowności, przestawia, poprawia, poleruje. I uśmiecha się tajemniczo. Do swoich myśli i do swojego małego królestwa.
Dziś w jedwabnej, liliowej sukience zdobionej ręcznie malowanymi białymi różyczkami. Materiał układa się miękko ma biodrach, piersiach, a duży dekolt przysłaniają tylko pojedyncze ciemne pukle, wysuwające się z upiętych jakby niedbale na szyi włosów.

W tle sączą się dźwięki rzewnego Fado.

Już czas.
Otwiera szeroko drzwi galerii. Zaprasza uśmiechem i blaskiem oczu. Dużo obcych ludzi, podróżujących przez to miasteczko, kupuje jej skarby, zgromadzone od lokalnych artystów czy przywiezione tu z
dalekich stron. Wszystko starannie wyselekcjonowane, niepowtarzalne. Dziękują, czasem zamawiają kawę dla odprężenia i słuchają jej opowieści o lawendowych polach w pobliżu, czy o dalekich stronach,
skąd sprowadziła mikstury, umiejące przeistoczyć melancholię w radość.
Ale nie oni są treścią życia tego miejsca. Raczej Ci, co przychodzą tu regularnie. Ci przychodzą tu dla Niej. Pije z nimi kawę i częstuje swoimi nowymi, słodkimi odkryciami. Siada z nimi lub układa suche bukiety i słucha. O życiu, o pracy, pieniądzach, boleściach, zdradach i szczęściu. Uspokaja ich jej głos i
to miejsce. Najbardziej w listopadowe ciemne popołudnia, kiedy życie w miasteczku zamiera, a tu, u Niej, w galerii, zawsze płonie ogień w kominku i roznosi się zapach dalekich stron i innego świata.
W te najbardziej słotne dni, wyjmuje karty, na co dzień głęboko ukryte w komodzie na zapleczu, aby osuszyć czyjeś łzy, czy uspokoić skołatane myśli.

D, 2012

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s